Na pytanie czy sukces referendum, w którym zakwestionowano jedną z podstawowych zasad państwa prawa, czyli wolność i równość religii, nie jest klęską demokracji bezpośredniej jako centralnego mechanizmu szwajcarskiego systemu politycznego, Muschg odpowiada: „(..) Partii Ludowej, która była autorem tej inicjatywy, udało się zakorzenić w głowach ludzi koncepcję ludu (Volk) jako czegoś nadrzędnego i – co istotne – stojącego po przeciwnej stronie niż rząd. Takie podejście można łatwo instrumentalizować. Oczywiście w jakimś stopniu jest ono uzasadnione, bo tym napięciem żyje demokracja. Ale jako zasada jest to czysty populizm, może wręcz prowadzić do państwa wodzowskiego: jedyną legitymizacją porządku politycznego możemy być my sami, bo tylko my mamy zawsze rację. Myśl, która w Berlinie i w większości innych krajów jest oczywista – że prawa człowieka nie mogą być przedmiotem bezpośrednich decyzji narodu – w Szwajcarii jest nadal obca. Vox populi vox Dei – u nas nadal traktuje się to dosłownie. Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że dzieje się tak także dlatego, że Szwajcarzy byli w przeszłości zazwyczaj na tyle rozsądni, by za pomocą instytucji referendum wyrzucić ze swojej konstytucji takie idiotyzmy jak np. zakaz działalności zakonu jezuitów."
